Ministerstwo małych kroków

IMG_20180218_115555

W zeszłym tygodniu byłam w Warszawie na kursie z mojej branży zawodowej. To nie pierwsza taka sytuacja po utracie włosów, ale pierwsza kiedy zdjęłam chustkę przy 15 obcych osobach. Co więcej, oni dotykali mojej głowy!!! Co więcej, powięź nerkowa mi się od tego nie spięła bardziej a przepona nie zesztywniała ;-).

To w zasadzie dziwne, ale przez tyle lat studiów fizjoterapeutycznych i wzajemnym ćwiczeniu na sobie ze znajomymi wszelkich technik pracy z ciałem, przestałam mieć opory, żeby przy obcych ludziach zdjąć spodnie, ale chustki z głowy nie zdejmowałam nigdy wcześniej. A już, żeby ktoś obcy jej dotknął… o w życiu!  Tym razem jednak nie było wyjścia. I okazało się, że to jest problematyczne tylko na początku i tylko dla mnie. Oczywiście w środowisku medycznym jest łatwiej. Ludzie nie takie choroby już widzieli, zresztą ich świadomość na tematy związane ze zdrowiem oraz empatia są mocno rozwinięte. Niemniej dla mnie była to nowość i krok naprzód w akceptacji łysej głowy.

W Warszawie też, miałam wielką przyjemność spotkać się w przelocie z pewną przepiękną i przemiłą dziewczyną, z którą jedziemy na jednym łysym wózku. Rozmawiałyśmy chwilę, śmiejąc się z tego, że mamy identyczne chustki :-). I powiem Wam, że takie spotkania są świetne. Człowiek odkrywa, że nie jest sam a choroba nie musi przeszkodą w czymkolwiek.

Z tą konkretną chustką, to jest jeszcze jedna historia. Rozmawiałam ostatnio z pewną kobietą z Rumunii. I zapytała mnie czy lubię chodzić w takich chustkach. Powiedziałam, że nie bardzo, ale nie mam włosów. Na co ona: a co? fryzjer nieudany?

I to po raz kolejny uświadomiło mi, że większość lęków pt.”ludzie na pewno myślą o mnie to czy tamto, bo nie mam włosów” ma źródło we mnie samej i nie jest poparte żadnymi realnymi sytuacjami.

 

Advertisements

O człowieku, z którym gramy w jednej drużynie

fot. Paweł Wronicz
fot. Paweł Wronicz

To jest najprawdopodobniej mój ostatni wpis na tym blogu, bo gdy mój mąż go przeczyta, na pewno ukręci mi głowę i już nie dam rady obsługiwać komputera ;-).

Prawie 7 lat temu wyszłam za mąż. Ci z Was, którzy mają już ten krok za sobą, pewnie pamiętają: “…w zdrowiu i chorobie, dobrej i złej doli, dopóki śmierć was nie rozłączy”. I każdy, patrząc w oczy człowieka, którego kocha do szaleństwa, mówi: ”tak”. I jest pewny, że nie ma takiej rzeczy, która zachwiała by tą pewnością.

Ja wyobrażałam sobie nas, mnie i T. jako parę staruszków, siedzących na ławce w parku i ciągle trzymających się za ręce, no co najwyżej z chorobą zwyrodnieniową stawów. Kiedy dwa lata po ślubie w tempie błyskawicznym wypadły mi wszystkie włosy, byłam w szoku.

Pomijam tu cały aspekt pt. “co się ze mną dzieje?”. Nie mniej ważne okazało się pytanie: “co się stanie z naszą, moją i T. relacją, kiedy tak diametralnie zmieni się mój wygląd?”.

Pamiętam, gdy na samym początku choroby, zostałam skierowana do szpitala na PUVA ( to taki rodzaj terapii z wykorzystaniem fotouczulacza i turbo solarium). Miałam na głowie jeszcze parę kępek włosów i pierwszego dnia poproszono, abym ogoliła głowę na zero. Zrobiłam to w szpitalnej łazience i dostałam głupawki w stylu: wyglądam jak G.I. Jane, ha ha ha. Zadowolona z siebie wyszłam na korytarz a tam czekał T. Kiedy mnie zobaczył, rozpłakał się. Wtedy po raz pierwszy zrozumiałam, że choroba nie dotyczy tylko mnie i że prawdopodobnie wkraczamy w niełatwy etap.

I zaczęło się. Ja siedziałam w szpitalu, T. przyjeżdżał do mnie 2 razy dziennie. Raz, żebym zobaczyła się z naszym, rocznym wtedy, synem, drugi, żeby po prostu ze mną posiedzieć, pogadać, przytulić, dokarmić. A potem wypadły mi absolutnie wszystkie włosy…

Wyszłam ze szpitala z myślą, że przecież kiedyś odrosną. Mam tyle wspaniałych smarowideł, które na pewno pomogą. T. codziennie bez drgnięcia powieki pomagał mi smarować moją łysą głowę przedziwnymi mazidłami, w temacie których doktoryzowali się dermatolodzy. Znosił moje smutki, rozdrażnienie, był ze mną w strachu, złości, bezsilności. Wiele razy siedzieliśmy razem z pytaniem: dlaczego? Po dwóch miesiącach dałam sobie spokój z “leczeniem”. Czułam, że nie tędy droga. Bardzo dużo się wtedy modliłam, żeby z tej choroby wypłynęło jakieś dobro. Zabrałam się za swoją przeszłość, tą znaną i tą nieznaną. Dopadła mnie i powaliła. Ciężko opisać, ile trudnych momentów się z tym procesem wiązało, ile łez i chwil dezintegracji musiałam udźwignąć. I mój mąż tam był. Nic nie mówił, nie pocieszał, nie doradzał, tylko przytulał mnie i dawał mi poczucie, że nie ma takiego ciężaru, który pozwoliłby mi nieść samotnie.

Od jakiegoś czasu odkrywam sens tego, że straciłam włosy. Przestałam liczyć na zmianę sytuacji a zaczęłam akceptować siebie taką, jaką jestem. Przestałam się bać mówić o łysieniu głośno. Słyszę teraz od ludzi: jesteś odważna, silna, piękna. Uwierzcie, nie byłabym ani odważna, ani silna, ani piękna, gdyby nie mój mąż. Człowiek, który stoi w cieniu wszystkich moich śmiałych decyzji, który wspiera wszystkie inicjatywy, który codziennie mi mówi, że mnie kocha. Który sprowadza mnie na ziemię, gdy trzeba i znosi mnie, kiedy sama bym się z sobą najchętniej rozwiodła. Który kiedyś, w pewnym kościele, wziął na poważnie słowa: “ w zdrowiu i chorobie, dobrej i złej doli, dopóki śmierć was nie rozłączy” i podjął decyzję, że wytrwa, choć łatwiej pewnie jest czasem odejść. I nie ma takich słów, które byłyby w stanie wyrazić moją wdzięczność dla niego.

Dlatego jeśli ktoś, kogo kochasz, choruje na łysienie plackowate i chcesz mu pomóc, to pamiętaj, że najważniejsze jest, aby być obok. Nie naciskaj, nie pocieszaj,  nie doradzaj, nie kryj swoich emocji,. Rozmawiaj, przytulaj, mów: ”jesteś piękna/ piękny” i “kocham cię”. To są słowa, które mają  terapeutyczną moc, odrasta po nich kawałek serca… Po prostu trwaj. Twoja druga połowa przechodzi proces dojrzewania do zaakceptowania siebie, możesz być w tym oparciem i schronieniem.

To musiało kiedyś nastąpić…

No i stało się.

Zapomniałam zabrać czepek do pracy na basenie. Co prawda, przemknęła mi przez głowę myśl, żeby pływać w zimowej czapce, ale po zastanowieniu stwierdziłam, że słabo się komponuje z pianką do nurkowania. Przy tej okazji okazało się, że wszechświat jest pochłonięty rozszerzaniem się, pacjenci wyławianiem krążków z dna a pozostali użytkownicy basenu – hydromasażem. Jedynym komentarzem, jaki usłyszałam, były słowa 5-letniej dziewczynki, wypowiedziane między jednym nurkowaniem a drugim: “wyłowiłam czerwony a pani nie ma włosów”. I tyle. Żadnej sensacji, gapienia się, przestrachu, komentarzy, autografów, zbiegowiska i zdjęć na ściance. Plan zrobienia kariery za pomocą łysej głowy wziął w łeb…

Skoro jednak tak dobrze mi idzie występowanie saute, rozważam naukę growlingu i rozpoczęcie kariery rockowej :->.

 

Kobieta musi mieć włosy?

IMG_20171007_225352_044Jestem z zawodu fizjoterapeutką. Część mojej pracy wykonuję w wodzie. Basen, na którym pracuję, nie wymaga czepków, ja jednak zaopatrzyłam się w całkiem zgrabny model, żeby nie czuć się łyso ;-).

Ostatnio, prowadziłam zajęcia dla 5-letniego chłopca. Mamy przyjemność współpracować już prawie rok, mały jest wielkim bystrzakiem, jednak do tej pory nie zauważył, że nie mam włosów. Jest to niewątpliwa zasługa mojego mega wodoodpornego zestawu do makijażu, który pozwala mi dotrwać do końca pracy z brwiami, nawet, gdy zostanę oblana od stóp do głów wodą z konewki.

Tym razem jednak, chodziło o nurkowanie. Powiedziałam małemu, że mogę zanurkować, ale następnym razem, gdy przed basenem zmyję sobie brwi. Minę, jaką zobaczyłam w odpowiedzi, można opisać w słowach: szok i niedowierzanie. I zaczęło się: dlaczego pani sobie narysowała brwi? co pani ma pod tymi brwiami? czy pani nie ma włosów na głowie? naprawdę, naprawdę pod tym czepkiem pani jest ŁYSA???!!! jak pani może nie mieć włosów, przecież kobieta MUSI mieć włosy!!!! mogę zobaczyć? mogę? MOGĘ???!!!

Uff, na szczęście udało mi się przekonać małego, żeby zaczekał z oglądaniem mojej głowy, aż pójdziemy do szatni. Całe zajęcia jednak padły. Do końca musiałam odpowiadać na pytania, w których mieszała się ciekawość i ciągle niedowierzanie: dlaczego pani nie ma włosów? czy będzie pani kiedyś miała włosy? a mówi pani prawdę czy żartuje? bo jak mnie pani okłamuje, to będę bardzo zły!

W szatni chłopiec pobiegł do mamy: mamo, mamo, a pani Teresa w ogóle nie ma włosów!!! Mama w popłochu: no co ty mówisz, ma czepek. Mały: nie mamo, nie ma, ona jest całkiem łysa i zaraz mi pokaże!!!!

Jak obiecałam, tak zrobiłam. W pierwszej sekundzie nastąpiło przetrawienie szoku a następnie poleciała powtórnie lawina pytań. O przyczyny, o to co noszę na głowie i czy włosy odrosną. Na koniec mały orzekł: ja nigdy nie widziałem kobiety bez włosów. Przecież kobieta musi mieć włosy! Powiedziałam wtedy: nie, kobieta nie musi mieć włosów. Ja jestem kobietą i nie mam włosów. Kobiecość nie kryje się we włosach czy innych cechach wyglądu. Dobrze, że to zobaczyłeś, teraz będziesz wiedział, że ludzie różnią się od siebie i to nic złego.

To była dobra lekcja. Dla mnie, bo z każdą taką sytuacją łatwiej mi otwarcie o tym mówić i czuję większą pewność siebie. Dla chłopca, bo może zapamięta, że są osoby, które pomimo braku włosów funkcjonują normalnie, nie zjadają dzieci i nie są z kosmosu. Dla mamy, bo zapewne miała wspaniałą okazję do końca dnia dyskutować o tym, że ludzie się między sobą różnią i jest to absolutnie normalne oraz nie stanowi podstawy człowieczeństwa :-).

Wolność- GAGA- łysa głowa

 

gaga
fot. Wojciech Musiał

Kilka lat temu tańczyłam w teatrze tańca współczesnego. Dużo pracowaliśmy z emocjami. Celem była prawda ruchowa na scenie. Pamiętam, że kiedyś choreograf zapytał jedną z koleżanek, czy na potrzeby spektaklu ogoliłaby głowę na łyso. Piękną koleżankę, z pięknymi włosami. Nie pamiętam, co odpowiedziała, ale pamiętam, że ja pomyślałam “o w życiu”. Niewiele było wtedy rzeczy, których nie zrobiłabym na scenie, ale ogolenie głowy, dobrowolne pozbawienie się kobiecości, jak wówczas myślałam, było chyba poza moim zasięgiem.

W międzyczasie przydarzyło mi się łysienie. Nie tańczyłam już wtedy. Możliwe, że nagłe odcięcie się od możliwości wyrażania emocji w skrajnych formach i komfortowych warunkach, dołożyło jakąś cegiełkę do podłoża choroby. W każdym razie poczułam jakiś czas temu, że chcę wrócić do tańca. Może nie w takim kształcie i wymiarze jak w przeszłości, ale w jakimś na pewno. W zasadzie nie brałam pod uwagę tańczenia bez chustki. Nie wiem, jakie macie doświadczenia w kwestii pojawiania się w grupie nieznanych osób z łysą głową, ja miałam jednak do niedawna przeświadczenie, że wszyscy się gapią. Że nie wytrzymam skoncentrowanej na sobie uwagi, ciekawych lub zatroskanych spojrzeń ludzi, z którymi tak naprawdę nic mnie nie łączy.

Stało się tak, że kompletnie nieoczekiwanie, w sposób przedziwnie zaskakujący, trafiłam w sam środek twórczej pracy nad spektaklem. W grupie wyjątkowych ludzi, wśród których od razu poczułam się akceptowana i bezpieczna. To tam, w pewien upalny dzień, postanowiłam tańczyć bez chustki, gdyż to, jak pociła mi się głowa było nie do zniesienia. Poczułam wtedy wolność. Zdjęłam tę chustkę tak, jak zdejmuje się każdy inny niepotrzebny element garderoby. Przy czym słowo : “niepotrzebny” jest tu kluczem. Chustka to nie ja, nie muszę być jej niewolnikiem.

Tak czasem bywa, że kamienie milowe pojawiają się nieoczekiwanie. Trafiłam niedawno na warsztaty GAGA prowadzone przez Natalię Iwaniec. (O tym co to GAGA- tu). Pomijając całość mojego zachwytu nad tym, co się tam wyprawiało, jak poszerza się ciało podczas pracy w języku GAGA, stała się tam jeszcze jedna rzecz, która jest moim osobistym skokiem na przód.

Zajęcia prowadzone są tak, że trzeba poruszać się bez przerwy. Szukać powiązań poszczególnych części ciała, zatopić się w odczuwaniu ich współpracy, poszerzać przestrzeń w ciele i percepcję otoczenia. Szybko okazało się, że chustka zawiązana na głowie jest zupełną blokadą ruchu. Szyja i barki tkwią w napięciu- “żeby tylko nie spadła”. I w tańcu to jest duża przeszkoda. Zdecydowałam się więc pozbyć chustki. W pierwszym momencie poczułam się, jak gdybym wylądowała nago na środku ulicy. W miarę tego jednak, jak ciało zaczęło odzyskiwać swobodę ruchu, moje myśli i emocje uspokoiły się. To było to. Wolność w ruchu, wolność w ekspresji, wolność w byciu sobą. Wolność od wyobrażeń na swój temat, wolność od myśli, że oni myślą itd. Po prostu 100% mnie. Bez porównywania się z kimkolwiek. I łzy, wentyl nagromadzonych emocji, świadectwo komfortu i “aktywizacji układu przywspółczulnego”, jakże potrzebne w świecie, gdzie ciągle się o coś walczy, czegoś boi albo z kimś rywalizuje.

Zawsze wiedziałam, że ciało i emocje to nierozłączny tandem. Pracując z ciałem, da się pośrednio pracować z emocjami. A w łysieniu plackowatym podłoże psychiczno-duchowe gra dużą rolę. Możliwe, że tańcząc, nie da się doprowadzić do odrostu włosów, ale na pewno da się doprowadzić do podniesienia poziomu samoakceptacji. A samoakceptacja to coś, o co warto walczyć.

To co, kto zatańczy? 😉

“Moc w słabości”

fot. Joanna Albin
fot. Joanna Albin

Zdarza mi się czytywać dzieciom “Sto bajek” Brzechwy. Jest tam utwór “Mrówka”. Ostatnio przypomniała mi się pointa, że spośród wszystkich zwierząt proszonych o zaniesienie stołu do szkoły, tylko najmniejsza mrówka, zrobiła to bez gadania. Wiersz jest pochwałą dla skromnej pracowitości, pomyślałam o nim jednak w innym kontekście.

Odkąd pamięcią sięgam, miałam takie przekonanie, że trzeba sobie samemu radzić ze wszystkim. Najlepiej wziąć na siebie wszelkie możliwe sprawy, broń Boże, nigdy nie odmawiać a następnie, wypruwając sobie żyły, stawać na wysokości zadania. Kiedy byłam w podstawówce, objawiało się to np. tym, że pokornie dawałam się wysyłać na wszystkie istniejące olimpiady, których tematyka obchodziła mnie tyle, co zeszłoroczny śnieg. Tym samym będąc w piątej klasie miałam przeczytanego całego “Pana Tadeusza”, w szóstej opanowaną matematykę na poziomie ósmej (tak, tak, nie chodziłam do gimnazjum), byłam finalistką w konkursie wiedzy o AIDS i rozwiązywałam zadania z chemii z liceum. Z kolei w późniejszym czasie organizowałam sobie tak życie, żeby mieć maksymalnie dużo zajęć każdego dnia tygodnia, całe wakacje pracować i nie mieć ani chwili wolnego czasu. Byłam zawsze uśmiechnięta i zadowolona, nikt nigdy nie widział, żebym płakała i nigdy przenigdy nie prosiłam o pomoc. Kiedy o godzinie 23 złapałam gumę w polonezie, którym wtedy namiętnie jeździłam, mordowałam się z niesprawnym podnośnikiem godzinę, zanim z ogromnym poczuciem winy zadzwoniłam do mojego ówczesnego chłopaka (a obecnego męża) z prośbą o pożyczenie potrzebnych narzędzi, bo przecież nie o  pomoc przy zmianie koła! Zresztą za każdym razem, kiedy najlepszy mąż świata próbował mi w czymkolwiek pomóc, spotykał się z agresją i atakiem pt. jak mogłeś pomyśleć, że sobie nie dam rady???!!!

Piszę o tym wszystkim, bo “syndrom mrówki” jest czymś, co bardzo trudno wyleczyć. Mnie potrzebna była choroba, która nie od razu (bo z nią też oczywiście sobie radziłam), sprowadziła mnie na ziemię z krainy, w której wszyscy sobie ze wszystkim radzą. Okazało się, że ja, kobieta ze stali, potrzebuję wsparcia. Że potrzebuję słyszeć od męża, że jestem piękna jeszcze częściej niż wcześniej, że chcę, żeby ktoś bez doradzania i oceniania był świadkiem moich łez, żeby wysłuchał wszystkich traum z przeszłości, które przez lata w sobie dusiłam, w myśl hasła: -co u ciebie? – dziękuję, dobrze, wyparłam. Potrzebowałam powiedzieć sobie głośno, że się boję, że sytuacja mnie przerasta, że każda kolejna ciąża niesie ryzyko kolejnej choroby autoimmunologicznej. Generalnie zaczęłam dopuszczać do siebie możliwość, że mogę być zależna i to nic złego. Że mogę nie być silna i to normalne. I to jest dla mnie epokowe odkrycie. Bo wprost prowadzi do tego, że słabość nie jest niczym złym, jest elementem człowieczeństwa. I że skoro  żyjemy jako ludzie w społeczeństwie, to też między innymi dlatego, żeby sobie nawzajem “nosić ciężary”.  Odkrycie ważne, bo pozwala na doświadczanie słabości również  bliskim. Kiedy pomyślę o wielu swoich gniewnych reakcjach w sytuacjach, kiedy mój mąż, dziecko, matka, przyjaciółka, etc. z czymś sobie ZNOWU nie radzili, to widzę ile w tym było nietolerancji dla mojej własnej słabości.

Cały ten wywód w kontekście AA ma jeden cel. Jeżeli myślisz, że musisz sam mierzyć się z chorobą, że nie możesz powiedzieć głośno, że to jest cholernie trudne (bo przecież są gorsze rzeczy, a tobie TYLKO wypadły włosy, bo bez włosów da się żyć etc.), to wiedz, że to nieprawda. Warto rozmawiać o tym, co się czuje z bliskimi a jeśli nie masz nikogo takiego, to z terapeutą. Albo po prostu z kimś mądrym, kto nie będzie dawał rad, gotowych rozwiązań, tanich pocieszeń etc. Z kimś, kto będzie obok, weźmie twoje ciężary i trochę z nimi pochodzi.

Co jest super w braku włosów?

hurrra
fot. Joanna Albin

Hmmm, cóż może być fajnego w nieposiadaniu włosów? Zastanawiałam się nad tym ostatnio, ponieważ pierwsze skojarzenia z łysieniem są zwykle negatywne.  Wydaje mi się jednak, że każda sytuacja ma swoje dobre strony, zatem poniżej moja prywatna lista absolutnie fantastycznych rzeczy związanych z byciem łysą :-). Tadam!

1. Rano odpada: mycie, suszenie, czesanie, prostowanie/kręcenie, modelowanie, tapirowanie, upinanie, utrwalanie, “ujarzmianie niesfornych kosmyków”, “opanowywanie puszenia”, sklejanie rozdwojonych końcówek, ukrywanie odrostów, rozważanie, czy włożenie teraz czapki nie zniweczy wszystkich wymienionych wyżej zabiegów…

Czyli mamy jakieś 20 minut więcej na inne przyjemności 😉

2. Nie trzeba malować rzęs.

3. Można zrobić sobie/ zlecić komuś wykonanie masażu głowy bez ciągnięcia za włosy i tłuszczenia ich paluchami.

4. Po basenie odpada suszenie włosów = ogromny zysk czasowy ( wiem coś o tym, prowadzę rehabilitację w wodzie).

5. Uprawianie sportu i pocenie nie wpływa na fryzurę.

6. Jeśli ktoś pragnie zrobić wrażenie, występ z łysą głową jest gwarancją, że nie pozostanie się niezauważonym.

7. Nagła utrata włosów zmusza do refleksji nad własnym życiem i popycha do rozwoju.

8. Jak to powiedziała pewna znajoma kobieta, po czymś takim, łatwiej się zestarzeć 😉

9. W związku ze starzeniem – odpada siwienie.

10. Oszczędzasz na: fryzjerze, szamponach i akcesoriach do włosów, farbach i innych rzeczach, o których “nie śniło się fizjologom”.

Zalet nieposiadania włosów, jak widać, jest wiele. Nie oznacza to oczywiście, że łysienie nie ma wad. Istnieje jednak jedna, najważniejsza rzecz, dla której warto zaryzykować nawet tak radyklaną zmianę image’u. Myślę, że nagła utrata włosów może wiele zmienić w postrzeganiu siebie samego. Ponieważ dzisiejszy wpis traktuje o zaletach, to paradoksalnie zmiana ta ma szansę ugruntować lub poprawić poczucie własnej wartości. Dzieje się tak dlatego, że człowiek odkrywa nagle, że nie jest tylko swoim wyglądem zewnętrznym :-).